Archiwa tagu: Indie

(11) Kannur – głębokie oddechy, małe kroczki

W tej części świata, o tej porze roku dni muszą płynąć leniwie, więc to miejsce idealne by powiedzieć: czas wreszcie sobie odpuścić i nie robić za wiele. I bardzo pomaga fakt, że naprawdę nie można się wysilać, spieszyć, planować, ba, nawet podreptać zbyt daleko albo zaczytać; cokolwiek zrobić 'za bardzo' i na raz - bo to męczy, albo jest niemożliwe, bo cztery razy dziennie, regularnie jak w zegarku, są przerwy w dostawie prądu. I wtedy... przestają działać wiatraki. W ciągu dnia robi się tak gorąco, że nie można nic – ani myśleć, ani czytać, można się tylko położyć i udawaćże się jest gdzie indziej, zgubionym w połowie drogi między jawą a snem. A gdy power cut jest nocą - budzę się wcale nie z powodu gorąca, ale ciszy... jakby człowieka nagle wyrzucili z helikoptera, coś jest zdecydowanie nie tak!


(10) Kerala – morze, plaża, Ajurweda, na wieki wieków Amen!

Z Jaipuru pojechałam do Vrindavanu pod Mathurą polować na wdowy, co okazało się wcale nie tak prostym przedsięwzięciem, bo choć wdów było wiele, nijak nie mogłam znaleźć nikogo kto mówiłby wystarczająco składnie po angielsku. Wiem, jestem straszna, poczułam sięźle traktując wdowy tak przedmiotowo; na dodatek - w jednym z domów, gdzie mieszkają - skomentowałam to głośno mówiąc, że 'wcale nie mają tak źle...'. Chyba zamyka mi się serce od patrzenia na nędzę, jak też od niemożności, bezsilności, odwracam oczy... niestety tak jest.


(9) Jaipur – o kwokach i kwoko-posiadaczach

Powracając do Jaipuru i festiwalu słoni - na dzień przed festiwalem zainterweniowała pewna potężna organizacja praw zwierząt, organizatorzy ustąpili: nie będzie elephant polo, nie będzie przeciągania sznura przez słonie, a na wszelki wypadek, by wyjść na miłośników zwierząt, nie będzie nawet ogona słonia na festiwalu! Turyści przeklinali, tym bardziej że o godzinę drogi z Jaipuru, pod fortem Amber, słonie zasuwają w pocie czoła od rana do nocy, pod górę i w dół, i jakoś to nikomu nie przeszkadza!


(8) Jaipur – w uścisku szalonego święta Holi

Przyjechałam do Jaipuru po nocy w sleeperze, czyli na leżance, wśród nieustannego pikniku wokoło, który przetrwałam dzięki pigułce nasennej od niezastąpionej babci Różańskiej. Niestety. Znalazłam hotel bez problemu, natomiast chwilę potem musiałam stoczyć batalię o środek transportu. W Jaipurze mają w nosie backpackersów, którzy nie są na tyle wygodni by wynająć taksówkę, która będzie ich woziła od zabytku do zabytku zwłaszcza, że często to odległość ok. 300m. W związku z tym pod hotelem ni jak nie mogłam znaleźć choćby autorikszy - pan driver rzekł, że po co on ma mnie 'drop somewhere'? Dostał cynk, że przyjechali do mojego hotelu Hindusi z Dubaju, więc woli na nich poczekać.


(7) Rishikesh – pedicure czy trzecie oko

Dni toczą się powoli, zaokrąglone od nic nie robienia, spokojne jak święta rzeka i jak ona czasem zupełnie nieoczekiwane, a nawet burzliwe. Za dwa dni moja obecna laba dobiegnie końca, bo jadę najpierw do Jaipuru, na festiwal słoni, a stamtąd do Mathury i Vrindavan, miejsca które zwane jest miastem wdów i które szalenie mnie interesuje. Choć może tak mówić nie wypada, bo żyje w nim ponad 20 tysięcy wdów i kobiet, które wdowieństwo udają, w warunkach strasznych, w ashramach prowadzonych przez indyjski rząd - co oznacza 18 rupii dziennie na przeżycie, czyli 1 cała złotówka. Na Indie też to jest nic, za kawę płacę 30 rupii, za butelkę wody - 20. Imagine that!


(6) Rishikesh – panta rhei nad Gangesem

Opłacało się nie nosić paciorków. Nie pokazywać kolan ani łydek. Nie odkrywać ramion. Nie kopcić marychy. Nie imprezować nocą. Być miłymi. Uśmiechać się nawet na 50 tego dnia 'how are you'. Bozia nas wynagrodziła, działając rączkami menedżera hotelu. Wczoraj, wracając z dłuższego spaceru, dopadłam go przy wejściu i od razu wysapałam swoją wielką prośbę: ja muszę, po prostu muszę mieć inny pokój bo mi za głośno od ulicy. Menedżer machnąłłapką bym przestała gadać i odrzekł: Me made you a surprise. Nice surprise!


(5) Mussoorie – kolonialne klimaty i cmentarna znajoma

Z Rishikeshu do Mussoorie, kurortu w górach, jest ok. 80 km. Droga zajęła mi cztery godziny - z dwoma przesiadkami i trzema rikszami - aż w końcu posapującym busem wdrapaliśmy się do góry, drogą oplatającą jedno z wielkich, rozłożystych wzgórz Mussoorie. Samo miejsce zachwyciło mnie leniwą atmosferą i kolonialną, choć zrujnowaną, architekturą. Spacer zaczęłam od The Mall owiniętego wokół zbocza, jak wszystkie ulice tutaj, dzięki czemu gdziekolwiek się nie pójdzie z jednej strony zawsze widać góry i dolinę Dehradun. Na The Mall i Camel Back Road można przenieść się w czasie, bo wciąż dominują  nad nimi hotele, w których Brytyjczycy odpoczywali od skwaru równin: Hotel Savoy, Rosevelynn, Paramount, the Clarke's, nie wspominając o Georgie Porgie - sklepie ze słodkościami.


(4) Rishikesh – i bach, do ostatniej ławki, czyli znów w szkole

Mamy za sobą dwie lekcje hindi, w czasie których głowa mi parowała i pot, choć niewidoczny, ściekał po plecach. Ja takiego wycisku studentom nie daję, prawda? A zresztą, miejscowe nauczanie ni jak się ma do naszych wyobrażeń o przyswajaniu podstaw obcego języka. No może trochę się ma, ale z pewnością korzeniami dalej tkwi w dziewiętnastowiecznym brytyjskim systemie nauczania. Brak tylko linijki lub bambusowego kija do bicia nas po palcach!


(3) Rishikesh – pobożności vel nawiedzenia ciąg dalszy

Dni płyną nam niemal leniwie, na tyle na ile przywieziona tu ze mną 'zadaniowość' na lenistwo i błogość niedążenia mi pozwala. A wraz z łagodniejszym stanem ducha i początkiem odwrotu tłumu białych freako-joginów i Rishikesh wydaje się fajniejszy. Piszę do Was czekając na lunch w kafejce nad samym Gangesem; słyszę stąd jak poszła w ruch sokowirówka, będąświeże soki z papaji, lemonki i mięty; tuż obok, za niskim parawanem restauracji, do rytualnej kąpieli szykują się wielopokoleniowe hinduskie rodziny. Na czas obiadu odwrócę się, co by ich grubych brzuchów nie oglądać jedząc, ale teraz zerkam co rusz – na skałach suszą się mokre sari, róż, pomarańcz i kwieciste szaleństwo, moda chyba z głuchej prowincji.


(2) Rishikesh – duchowy super-truper market

Pożegnałyśmy Delhi wczoraj o poranku. Delhi zmieniające się w oczach i na pozór to samo, albo i odwrotnie: zmieniające się tylko na powierzchni. Rozśmieszył mnie do łez komunikat nadawany przez megafon na dworcu głównym: 'In case you notice any suspicious objects or persons please convey the message immediately to railway authorities', czyli aby powiadomić służbę kolei, gdy zauważy się coś lub kogoś podejrzanego. Śmieszne to o tyle, że na Delhi Main co drugi Hindus wygląda podejrzanie, nie mówiąc już o tobołkach i workach, w których może znajdować się wszystko.