Archiwa tagu: Indie

(1) Delhi – seems like I’ve never left …

This is to say that... Dojechałam cała i szczęśliwa jak pijany zając, oczywiście pijany zmęczeniem. Na trasie Stambuł - Delhi przytrafił mi się zimnowojenny front. Wygląda na to, że nawet starych, emerytowanych Niemców dotknął kryzys i zamiast na Karaiby ruszyli masowo na Indie. Dwóch takich zasiadło za mną i wśród germańskich okrzyków najpierw próbowali przełożyć mój plecaczek, a potem protestować, że przechylam do tyłu fotel. Co ja opuszczałam, to oni napierali kolanami. Nastąpiła pierwsza ostra wymiana zdań rozsądzona przez Sikha, rzekł bowiem "just ignore them" i przesiadłam się fotel dalej.


(11) Liczne klasztory okoliczne

Zjechałam właśnie z około-klasztornej trasy wzdłuż Indusu, i spieszę donieść, że zakochałam się w Ladakhu i Ladakhijczykach po uszy. To kraina gdzie autobusy okrążają stupy tak jak trzeba, czyli z lewej strony, zaś dzieci przez szpary między siedzeniami podają przyjezdnym cukierki; to kraina, gdzie mnich nosił za mną buty, gdy zgubiłam się w klasztornych labiryntach, a gospodarze u których mieszkam pół dnia główkują jak mam dodzwonić się do domu. Nie przesadzam ani na jotę, naprawdę.


(10) Droga z Zing Zing do Leh

Dotarliśmy do Leh, udało się! Jechaliśmy z Zing Zing Bar do Leh 14 godzin, z przerwą tylko na szybki chowmein i czaj, to chyba najpiękniejsza ze znanych mi dróg świata! Pokonaliśmy Bharalacha La, przełęcz coś koło 4.800 m, a potem okrężną drogą, przy Tso Moriri Lake, do Lehu, nadkładając około 140 km, gdyż główna droga Manali-Leh jest nadal zamknięta. Droga prowadzi wśród surowych skał w kolorze ochry, z wyzierającymi od czasu do czasu wysokimi grzbietami górskimi pokrytymi jeszcze śniegiem, wiele godzin wśród pustkowia, a potem 160 km nad samym Indusem, przekraczamy mostki z jednej na drugą stronę i otwiera się przed nami powoli Ladakh, z drzew i domostw powiewają tybetańskie flagi modlitewne, a im dalej jedziemy, tym więcej mijamy stup i czortenów, tym bardziej słońcem spaleni ludzie, ze skórą wytrawioną wiatrem i mrozem ...


(9) Delhi-Manali-Jispa, goniąc Dalaj Lamę

W autobusie Delhi-Manali, izraelski tłumek, który ściąga tam masowo, dał popis swojej mentalności: dwie Izraelitki zrobiły aferę o rzekomy brak miejsca na ich izraelskie nogi, po chamsku kopiąc w fotel z przodu i świecąc pasażerowi latarką w oczy, bus trzeba było zatrzymać, spać się nie dało, ale za to rozumiem trochę lepiej istotę konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Prowokatorzy udający ofiary, fuj! Wiec z Manali pełnego Izraelitów na haju szybko postanowiłam uciec, a kierunek podsunął mi los, mianowicie brama wjazdowa do Manali witająca J.Św. Dalaj Lamę. Pobiegłam więc natychmiast na przeszpiegi do Tybetańczyków - tak, J.Św. był tu rano, właśnie wyjechał do Kyelong i Jispy (czyli na północ, w stronę Ladakhu), ale czy uda mi się czymś tam dojechać było kwestią wątpliwą - Rohtang Pass, przełęcz po drodze, otwarto dla ruchu parę dni wcześniej, droga do Ladakhu dalej zamknięta, a jeep lub minivan przejedzie o ile nie będzie padało.


(8) Delhi, rozkopane

Delhi, zwłaszcza Paharganj, jest straszne, rozkopane wzdłuż i wszerz w rozpaczliwych przygotowaniach do Commonwealth Games, które już za 50 dni. Wiec Paharganj - długa bazarowa ulica przy Delhi Central, gdzie zawsze skupiają się backpackersi – został rozryty. Obcięto wszystkie frontony sklepów i hoteli, można więc sobie zajrzeć do kibla lub biura na 2 piętrze, na dole zaś, w sklepach pozbawionych drzwi, handel trwa w najlepsze, a tony pyłu zdają się nie przeszkadzać ani sprzedającym, ani o dziwo, kupującym.


(7) Leaving Bodhgaya

Udało nam się jednak opuścić Bodhgaya dwa dni później, i jak się okazuje - los mądrzejszy niż plan, bo inaczej jechałabym sleeperem godzin 20 w gorączce i absolutnie nie wiadomo, co by ze mnie do Delhi przyjechało. Ku informacji - klasa 'sleeper' oznacza, ze teoretycznie jest się gdzie położyć, tzn. ma się swoja leżankę-prycz, w praktyce zaś człowiek siedzi wciśnięty pomiędzy wędrujące i piknikujące tłumy lokalesów i dopóki pociąg pędzi z prędkością 30 km na godz., jest dobrze. Jak stanie - jest źle. Dodatkowo - korytarzykiem przeciskają się wesolutkie gromady sprzedawców, eunuchów, występujących akrobatów i żebraków zawodowców. Za to cały wagon zajmuje się takimi białymi honorowo, karmi, poi, zabawia rozmowa typu "where you from" i oddaje najlepsze miejsca przy zakratowanym oknie.


(6) Z Bodhgaya nie ma wyjścia

Wentylator przestał się kręcić, oczy zalewa mi pot, a tym go więcej, że wzmożony gorączką, no i pewnie cudownym działaniem modafenu. Kapie mi nawet z rąk, więc od wczoraj zarzekam się, ze już do Indii nie wrócę. Nie udało nam się wydostać z Bodhgaya, pomimo wielu prób załatwienia sobie przejazdu do Delhi – plan był skoczyć jeszcze do Rishikeshu - czy jest to możliwe, ze to miejsce jakoś nas 'trzyma' czy ja już przestalam być racjonalna?


(5) Bodhgaya i nawiedzony maharadża

Bodghaya to tu, gdzie oświecił się Budda Śakjamuni. To też tu, gdzie o mały włos nie uplotłyśmy sobie życia cztery lata temu. Wiec rozglądam się po tych uliczkach z dziwnym uczuciem - to mógł być mój dom. I wszystko jest trochę swojskie, trochę obce, ja sama wciąż - a bit local. Jaśmina się wczoraj pochorowała i wiecie co robiła jak kot całą noc, biedna. Więc popędziłyśmy dzisiaj rano do Dr Vermy, co to najlepszy w okolicy. Asystent dra położył Jasię w sali (Special Ward) super luksusowej, bo że to klinika to byście naprawdę nie powiedzieli - tyle, że karaluchów nie było. Zapodał super profesjonalnie kroplówek trzy, antybiotyk i elektrolity, Dziecko se pospało na tym specjalnym oddziale, a teraz śpi w hotelu.


(4) Orissa, Puri i Bubaneshwar – sadhu, lekcja pokory

Złoty Trójkąt nad Zatoką Bengalską -  złoty broń Boże  nie z powodu narko-staffu - ale świątyń hinduistycznych, których w tym rejonie chyba więcej niż domów! Obskurne gar-kuchnie i walące się chai-shopy opierają swe ściany o 2 tysiącletnie świątynie; duchowość na dobre wymieszała się z materią, co sprawia, że świątobliwa nabożność nie ma tu wzięcia. Tym bardziej, że wielki Śiwa pochwalał palenie różnych zielsk, toteż popalając ‘chillum’, nafaszerowaną faję, Hindus też Boga chwali. I nie musi obcierać sobie kolan do krwi.


(3) Goodbye Havelock

Teraz słów parę z innej beczki, żebyście nie myśleli, że na Havelocku grasują tylko drapieżne zwierzęta albo spanikowane Włoszki! To naprawdę raj na Ziemi. Trochę mniej wygodny i podesłany pod nogi turyście jak Tajlandia czy Malezja, ale raj. Poza sezonem, czyli teraz, jest świetnie; pada sporadycznie, na Neilu byłyśmy jedynymi białymi, a na Havelocku - jest nas w porywach tak od 7 do 20 białasów. W naszym Orient Legend serwują nam home-dinner, kucharz i część obsługi są na urlopie w Kalkucie, bo dużo tu Hindusów z zachodniego Bengalu, jemy więc to, co rodzina właściciela i super.