Archiwa tagu: Indie

(2) Crocodile story

Story krokodylowe trwa, choć na Havelocku jest nas teraz razem aż siedmioro białych. Cała wyspa oplakatowana jest ogłoszeniem ‘lasów państwowych’ iż „odradza się pływać i snorkelować u brzegu Havelock”, gdyż "the one Crodcodile (z dużej) has not been traced down as yet", czyli ten jeden, jedyny Krokodyl o morderczych instynktach nie został jeszcze schwytany. Ja sobie to racjonalizuję: przecież – wyspa pełna jest mangrowców i zatoczek, rzek i strumyków, gdzie słona woda miesza się ze słodką, i krokodyli musi być tu zatrzęsienie i z pewnością niejednego tubylca już chapnęły, tylko nikt się tym nie przejął.


(1) Andamany w monsunie

Piszę z poślizgiem, bo trochę zajęło mi odkręcenie zakręconych zwojów mózgowych i przejście na tryb ‘oto wreszcie jestem w domu’; znów wzrusza mnie ziemia w kolorze terakoty, dojrzałe bananowce, kadzidełka na progu domów, a nawet spluwający Hindusi, niech będzie, i popierdujące głośno riksze. Zacznę od końca. Część naszego pobytu kręci się wokół zwierząt różnych, również wodnych. Pech chciał, że pod koniec kwietnia, po raz pierwszy w historii żywej pamięci obecnego pokolenia, krokodyl pożarł  białą u brzegów wyspy Havelock. Niestety, krokodyl nie zważał na pochodzenie, a że dziewczyna była Amerykanką, w mediach zrobiła się straszna zadyma – a że to Indie - to nie wiadomo ile tych krokodyli jest naprawdę, a ile wyłapali. Dotąd zażyłyśmy wielu błogich kąpieli na tej wyspie, i wolałybyśmy w tej niewiedzy tkwić nadal …


Nainital i Kumaon Hills

Tydzień wyrwany przypadkiem, po zleceniu tłumaczeniowym w Dehradun - dokąd pojechać prosto z Delhi na te parę dni? Przyśniło mi się jezioro Naini, szmaragdowe oko bogini Śakti porzucone wśród wzgórz Kumaonu, 300 km na północ od Delhi, a ląduję w Nainitalu burym i zadeptanym tysiącem stóp indyjskich turystów. Muszę się stąd wydostać.

            Rohit najchętniej wozi turystów na haszyszowym haju, wtedy odpręża się, prowadzi jedną ręką, a drugą żywo gestykuluje. Rohit w różowym obcisłym sweterku, nie podwijający rękawów przy 40-stopniowym upale, jakby wiecznie ukrywał nieforemne kosteczki i zbyt krótkie ramiona, rozmowę z klientem zaczyna od obietnicy: Pokażę ci wszystko, uszczęśliwię. Każdy z nich, tych żyjących z turystyki gości tak mówi, potem oszczędza benzynę i co chwilę staje na czaj.


(11) Po powrocie – pean sentymentalny

Czemu kocham te Indie? Przecież to jeden syf. Po pierwsze, człowiek nigdy nie jest sam. Zawsze w ścisku i zgiełku, zwłaszcza w zaczadzonych indyjskich metropoliach. Pchają się, przepychają, tłoczą i najchętniej usiedliby ci na kolanach. Po drugie, każdego przerobią na wylot. Wysiadłam na jakiejś ślepej, zasmarkanej ulicy Paharganju o 1 w nocy święcie przekonana, że motoriksze naprawdę, ale to naprawdę nie mogą wjechać na Main Bazaar. Tak przecie rzekł pan driver przysięgając na lingam Śiwy.


(10) Dharamsala goodbye

Parę dni temu upatrzyłam sobie odbiorców Jaśminowych miśków - policzyłam dzieci, żeby dla każdego starczyło – dzieci bawiące się całymi dniami obok mam co noszą na głowach ziemię i kamienie, łupane przez mężów; taka typowa indyjska bieda, bo przecież Tybetańczycy mają w Dhasie dużo lepiej.  Nie chciałam tak chybcikiem i wstydliwie tych miśków dawać, więc przymierzałam się do tego parę dni; spaliłam odpowiednie ilości bidi z robotnikami, pogadałam w Indish, podglądnęłam co mają w garnkach. I wiecie co – wstyd, bo pluszaki już nieraz przywoziłam, ale dopiero teraz dostrzegłam skrępowanie tych dzieci, które nie wiedzą co z takim fantem robić. Do czego niby służy?


(9) Dharamsala – wśród mgieł znad Dhauladharu

Mam tak przemożne wrażenie 'unoszenia się w powietrzu', że przywiążę się na chwilę do komputera pod hasłem 'uziemienie' - może nie odlecę stąd w kompletny bezczas i takim sposobem do Was wrócę. My dalej w Dharamsali - a jak mówiono za czasów Lorda Elgina - Dhurmsali:)) Pochorowałyśmy się kolejno - ja miałam gorączkę, Jaśmina – anginę ropną; sąsiedzi mówią oczywiście, że to ‘karmiczne’ chorowanie, ale cóż, było po prostu potwornie wilgotno przez ostatnie dni.


(8) Dharamsala – czas walki, czas nadziei

Dharamsala - jaka jest - każdy (buddysta) wie. Albo tak nam się wydaje. Jestem tu czwarty albo piąty raz. Najpierw poddałam się sentymentalnej stronie swej duszy - szukałam starych miejsc, śladów zdarzeń i spotkań. Sprawdziłam, czy Chocolate Log czynny, czy w JJ Cafe dalej takie pyszne momo dają, czy bracia - JJ Brothers in Exile - koncertują. Wzruszyłam się przy niejednym widoku, przy ulubionym kamieniu Mani na korze ...


(7) Pociąg, w pogoni za chłodem

Miałyśmy bowiem jechać do Jaipuru na wielkie zakupy, po srebro i klejnoty, o których wieść niesie aż po Syberię i Wietnam. Ba, potem sobie posłuchałam, żeby to broń Boże nie kupować srebra właśnie tam, nie mówiąc o upale, którego mamy po kokardki. Więc jak się kapnęłyśmy w Jaisalmerze, od razu bardziej zdecydowane pomysły przyszły nam do głowy – podążyć w stronę cienia i chłodu. Choć biletów właściwych nie miałyśmy – tylko 2 na sleepera do Jaipuru, jeden na waiting list; i zamiast losować kto ma spać, a kto stać, spałyśmy z Jaśminą a la kanapka, ja chlebek, ona sosik i odwrotnie, pomiędzy nami jeszcze dwa plecaki, a naokoło kilkanaście par bacznych oczu.


(6) Camel safari, miła pustynna cepelia

Byłyśmy na 2 dniowym camel safari - wczoraj wieczorem wróciłyśmy, z trumną w miejscu tyłka. Bóg nas uchronił przed 3 dniowym safari, nie mówiąc już o naszym ekstrawaganckim (głupim!) pomyśle by być off-tourist i przejechać się na camelu aż do Bikaneru - dwa do trzech tygodni, ale by było! Zostałaby z nas maź cuchnąca wielbłądem albo jakiś placek. Samo safari było super. Camele capią, wciąż chcą się obcierać o wielkie krzaczory na sawannie nie zważając na niczyje nogi, ale generalnie – choć niewygodnie - malowniczo to wyglądało gdy Jaśmina, czerwona jak burak, w pomarańczowym turbanie na głowie, zwisała w poprzek wielbłądziego garbu.


(5) Radżastan – Jaisalmer

Od czterech dni jesteśmy w Jaisalmerze, gdzie upał niemiłosierny. By przetrwać na zewnątrz polewamy się co rusz wodą z butelki. Marzę o tym, by wędrować w klimatyzowanej bance a la Michael Jackson albo, jak turysta orbisowy, mieć wiatraczek na baterie, cokolwiek ... Jaisalmer jest w kolorze starego złota o zachodzie słońca, rankiem zaś jasno-piaskowy. Pierwszego dnia wędrowałyśmy z chłopcem pucybutem, a prowadził świetnie bo po zakamarkach, po starych haveli i nad jeziorko z sumami, które jako że świątynne, to święte, a więc nabrały monstrualnie przerośniętych kształtów.