Archiwa tagu: Kambodża

(4) Kampot, klasztory i dziewczyńskie bzdety

Kochani, gdyby nie zdarzyło się Wam jeszcze być u kambodżańskiego fryzjera, a raczej fryzjerki, to trochę Was na przyszłość przygotuję. Obejrzałam wreszcie w jakimś większym lustrze swoje odrosty i stwierdziłam basta, pora coś z tym zrobić. A że przyjechałam rano do Kampotu, miasteczka, które kiedyś było kurortem nad rzeką Mekong i gdzie wciąż czuć kolonialną Francję - ach, te bagietki w knajpkach pod portykami - i byłam zmęczona, zajrzałam do salonu. Oprócz fryzjerki znalazł się i jej brat mówiący nieźle po angielsku, więc dobrze, pomyślałam, wrócę popołudniu i jakoś się dogadamy.


(3) Rzecz krótka o miejscowych

A teraz już nie o kamieniach, a o ludziach, których napotykamy z Alexem po drodze i o tym, że choć bieda nie kluje tu w oczy, to można ją usłyszeć w niemal każdej opowiedzianej nam historii. Usiedliśmy któregoś razu na kolację za dolara, na kamiennej ławce koło Old Market, nad samą rzeką płynącą niespiesznie przez Siem Raep. Miejscowi piknikowali naokoło i wydało nam się to takie urokliwe, że na trawie, na ławce, z dziećmi skaczącymi do wody po zmierzchu; przysiedliśmy się do młodej dziewczyny, która usiłowała czytać w świetle latarni. Męczyła się strasznie - bo książka na jej kolanach to był Leadership, podręcznik biznesu po angielsku, a ona ledwie co była w stanie do nas wydukać.


(2) La grandeur d’Angkor

Jestem tak przepełniona wrażeniami z Angkoru, że istnieje ryzyko, że tym mailem Was zanudzę, ale może też i zapragniecie wybrać się tu, a ja Wam będę kibicować. Bo Angkor to coś - nie sama świątynia Angkor Wat, ale cały kompleks świątynny Angkor, który zajmuje dzisiaj z 200 km kw - co odczuję przez następne trzy dni, pedałując dzielnie na rowerze od świątyni do świątyni. Pomimo niechęci do porannego wstawania, zjawiam się tu przed piątą rano by zobaczyć wschód słońca nad Angkor Wat, ale ludzi koczujących z wymierzonymi w niebo aparatami jest tyle, że ruszam dalej i mam szczęście: wchodzę w półmroku, w absolutnej ciszy, do świątyń pod trzema osławionymi wieżami, które kiedyś górowały nad ziemskim mieszkaniem boga Vishnu.


(1) Była sobie kiedyś Kampucza …

Kochani Czytacze, ze swojej tajskiej słabości w postaci ataku dengi jakoś się dźwignęłam i udałam w stronę Kambodży. Po pierwsze, miałam po dziurki w nosie szuraczy w Chiang Mai, a po drugie - mój 'medical certificate' mówił jasno,  że przysługuje mi 7 dni ekstra, bez wizy, na wychorowanie się, czyli do 13 sierpnia. Niestety, w Poipet, dziurze na granicy tajlandzo-kambodżańskiej, żadne odwołania do wyższych rangą oficerów nie pomogły. Tajowie rękę po kasę zawsze wyciągną i na mój certificate ze szpitala tylko grzecznie się uśmiechnęli, pocieszyli słowami, że inni pacjenci to bywa, że po 30 tysięcy baht płacą, po 2 miesiącach w szpitalu, a ja - zapłacę tylko 3. Można więc w kraju uśmiechów zapaść na cokolwiek, by ponownie zapaść na zawał opuszczając go:)