Archiwa tagu: Sri Lanka

(7) Sezon drugi lankijskiej telenoweli, południe i zachód wyspy

Sezon drugi podróżniczej telenoweli, czyli po długiej przerwie. Zostawiłam Was, kochani, gdzieś we wschodniej części Lanki, na pięknych plażach wśród przystojnych Australijczyków. Dawno temu to było. Następne tygodnie miały w sobie coraz mniej z broszury biura podróży, a coraz więcej z reality włóczenia się długo i nisko-budżetowo. Owszem, po wyjeździe z Arugambay, zgodnie z ambitnym planem 'zobaczymy jak najwięcej', zwiedziłyśmy południe Lanki – Galle, Matemwe, Tangalle, Mirrissa - wszystko piękne i zajmujące na tyle, że czasu nie było na pisanie.


(6) W raju surferów – Arugam Bay

Wstaję ja wczoraj o poranku, siadam na wiklinowym fotelu z widokiem na morze szczęśliwa, że wreszcie spokojnie, że jeszcze nikt nie wstał, tylko morze szumi i lśni się srebrzyście. Po chwili wyłania się zza rogu restauracji gostek, chuderlawy jak większość Tamilów, i pokazuje na migi, że on będzie grał na flecie, a ja będę podziwiać jego kobrę. Gdzie ta kobra, myślę sobie, jasny gwint, facet nosi ją w płóciennej torbie na ramieniu. Przyznam się, że ostatnie dni chodzę trochę wkurzona, z tego właśnie powodu: ni jak w Arugam Bay, surferskim raju na wschodzie wyspy, nie da rady chwilę pobyć człowiekiem. Ósma rano, a już trzeba być 'turystą'.


(5) Polonnaruva, głośne Buddów milczenie

Po wyjściu z Dambulli, przyuważyłyśmy że w parku przy drodze lankijscy pielgrzymi konsumują sobie pod drzewami super lunch. Jaśmina więc mnie szturchnęła mówiąc: idziemy, usiądziemy pod drzewem, poczekamy, na pewno nas nakarmią. Oczywiście, nakarmili, pogadali i było fajnie. Po czym policjant poznany na fajce złapał nam autobus do Polonnaruvy; a stamtąd w kolejnym, do Vallachanny, powiedziałam konduktorowi - nie kupię biletu dopóki nie znajdzie się miejsce siedzące - świnia ze mnie, bo konduktor kazał Lankijczykowi, który miał pecha siedzieć blisko, wstać i zrobić mi miejsce.


(4) Słonie w Habaranie i Buddowie w Dambulli

Pewnie brzmi to wszystko tak, jakbyśmy tylko odpoczywały - jeśli tak, to serwuję Wam przekłamaną narrację. Jest raczej tak, że jeździmy 'skokami' - aby coś zobaczyć, musimy się potrudzić trochę nie mając własnego drivera - wskakujemy więc do autobusu i nim wysiądziemy zdążymy się przykleić do tych strasznych siedzeń ze skaji i odparzyć se tyłki, albo zawisłe na poręczy, kołyszemy się w stuporze nim gdzieś dojedziemy. Tak naprawdę więc by odpocząć trzeba się namęczyć i by coś zobaczyć też:))


(3) Na wschodnim wybrzeżu – Pasikuda i Khalkuda

Kochani, ostatnio tyle zwiedzałyśmy i zobaczyłyśmy tyle posążków Buddów theravady, że czas było zrobić sobie przerwę i uciec nad morze. Nad to morze, gdzie do 2009 niewiele osób jeździło, bo za blisko było stąd do Tamilskich Tygrysów i ich marzeń o Eelam, własnym kraju, spełnianych w okrutny sposób. I choć ich terytorium było wyżej, wschodnia strona wyspy jest względnie pusta; widać, że skomplikowany los skazał tę część wyspy na zapomnienie. Mieszkamy pośrodku dwóch zatoczek, idąc dwie minuty w lewo dochodzimy do jednej - gładkiej jak jezioro Pasikudy, idąc w prawo do drugiej - Khalkudy, o większych falach.


(2) Lankowe wzgórza

Dziś pochmurny dzień w Nuwara Eliya, górskiej miejscowości na południe od Kandy, dokąd ludzie jeżdżą pochodzić po górach lub się ochłodzić - i rzeczywiście, od dwóch dni schładzamy się tak bardzo, że już tęsknię za tropikiem. Śmieszny jest człowiek, a może człowiek Różański, bo pędząc w poszukiwaniu idealnego klimatu dochodzi do wniosku, że nigdy idealnie nie jest. Widzicie, idealnie jest w Polsce, wiosną i latem, i donikąd przenosić się nie trzeba:))


(1) Dokąd Rawana porwał Sitę czyli Sri Lanka ni stąd, ni zowąd

Indyjski, przed-monsunowy upał nas pokonał i choć nasz hotel w Alleppey był bardzo przyjazny, wprost na plaży, i w środku off-season, co sprawiało, że menedżer i kucharz spełniali nasze życzenia chętnie i sprawnie - życzenia niewygórowane, oczywiście, typu dzbanek kawy rano i litry mrożonej herbaty w zamrażalniku - ni stąd, ni zowąd nawiedziła mnie wizja Sri Lanki. Wizja utkana, jak to zwykle bywa, z pragnienia by było inaczej niż jest - by temperatura pozwalała chodzić, a nie wyłącznie leżeć, by było buddyjsko, a do pięknych miejsc nie dalej niż dwie, trzy godziny drogi. Bilety z Madurai nie były drogie, więc znalazłyśmy się nagle w Colombo i zaraz potem w Kandy, na środku wyspy, z przewodnikiem pospiesznie ściągniętym z netu, a więc – spontanicznie i gdzie oczy poniosą.