Archiwa tagu: Tajlandia

Curry z boczniaków

Boczniaki to grzyby które uwielbiam od zawsze – moja mama często podawała je panierowane i smażone na złoto z ziemniakami i surówką, zastępując nimi kotlety schabowe i tworząc coś co przynajmniej przypominało typowy polski obiad. Ciągle lubię je w tej wersji, ale czasem mam ochotę na coś mniej tłustego. Któregoś dnia nie miałam pomysłu jak je zrobić i nagle pomyślałam, że może pasowałyby do mleka kokosowego. Cóż to było za odkrycie! Pasują wyśmienicie, to chyba najlepszy na nie sposób. Mleko kokosowe dodaje wszystkiemu delikatności, aksamitności, pewnej nutki słodyczy i wykwintności – no cóż, ja je uwielbiam. Boczniaki nie mają wyraźnego smaku, czuć więc wszystkie warstwy smakowe pasty curry, mają za to wspaniałą teksturę, tak inną że aż trudno ją opisać. Danie jest proste i robi się raz-dwa, idealnie nadaje się na początek przygody z tajską kuchnią – choć oczywiście nie tylko.


(5) Pattaya, wśród rosyjskich gospodin i ruskich pierogów

Na powrót w Tajlandii, wylądowałam w okropnym turystycznym grajdole, ukochanym przez rosyjskim mafiozów i ich kochanki, takim cypryjskim Limassol nad Zatoką Tajlandzką, mianowicie w Pattayi, 200 km od Bangkoku. Żeby przetrwać, pojechałam na plażę za Pattayą, licząc na odrobinę ciszy w nocy i spokoju za dnia - i na szczęście mogę na to tutaj liczyć, tyle że to wszystko w opakowaniu ruskich 'массаж' i 'холодное пиво'; jak wczoraj poprosiłam o 'coffee', dostałam 'кофе', a pytając w paszarni czy zupa jest bezmięsna, Tajka wskazała na padlinę i orzekła 'свинина' - mówię, że ja 'not Russian', ona na to, że to dobrze, bo ich nikt nie lubi. No tak, za to ich kasę bardzo lubią - bo wszystko jest tu dwa albo trzy razy droższe niż w Bangkoku, i za takie ceny to Taj ugotuje nawet barszcz i solankę ...


(4) Czas niemocy: denga; szurania ciąg dalszy

Kochani Czytacze, znów zamilkłam, co tym razem spowodowane były uwięzieniem w Chiang Mai - nie żeby ktoś uznał, że warta jestem okupu i mnie przetrzymywał, nie, z pozoru zachodniego dobrobytu dawno nic nie zostało - za to nie przeszkodziło to pewnej komarzycy w złośliwym pokąszeniu mnie; i zamiast podziękować, pozostawiła mi po sobie pewien wirus. Zgaduj zgadula, co to było takiego? Podpowiem tylko, że nie malaria, na szczęście, ale i tak mnie powaliło. Gapiąc się w sufit, w gorączce, wciąż powracał mi ten sam obraz - monstrualnej komarzycy, która kąsa najpierw Alexa, mojego francuskiego frienda, i potem niedopita, wąska w talii, prześlizguje się przez siatkę w jego oknie, frunąc po korytarzu wyczuwa moją słodką krew i natychmiast uderza - sprytnie znajdując dziurę w mojej moskitierze. I to wszystko bezkrwawo, cichutko, wśród setek innych Bogu ducha winnych komarów.


(3) Freaki i różowe kokardki

Piszę do Was spod dusznej moskitiery, którą można by zwinąć i pociąć na gaziki. Na zewnątrz tną komary, jest pełnia księżyca, i padają właśnie pierwsze krople ciężkiego, wyczekiwanego od rana deszczu. Nic to, Chiang Mai ma swój urok nawet w drugim tygodniu pobytu. Co prawda nic dotąd nie przebiło Sen z jej umiejętnością czerpania z życia garściami, ale i tak otoczenie obfituje w oryginały. Listę otwiera James, Amerykanin, od półtora roku w Azji, do tego nauczyciel jogi. W co ni jak nie idzie uwierzyć, gdy człowiek James'a spotka; pierwszy raz zobaczyłam go z limem pod okiem i wbitym wenflonem, jak ledwo szedł po schodach, bełkocząc mi coś o sepsie.


(2) Zachodnia pruderia versus seksualna wolność po tajsku

W tym tajlandzkim raju jest tak wygodnie i porządnie, że aż nudno. Nikt mnie nie zaczepia, ludzie się wiecznie uśmiechają, a nawet częstują smakołykami, nikt nie woła za mną brzydkiego 'bahenćod', gdy czegoś nie kupię ... No dobrze, tak lukrowanie Tajlandia wygląda z wierzchu; a co bywa pod spodem miałam okazję na chwilę podejrzeć ... Wędrowaliśmy sobie miastem w dziwnej konstelacji, ja w średnim wieku i bardzo straight, oraz mój nowy kolega, Francuz, dużo młodszy i zupełnie nie straight, czyli lubiący tylko chłopców.  Wracaliśmy więc sobie koło jedenastej w nocy z Saturday Market, gdzie żeśmy się nafutrowali zestawem sushi (4 zł), smażonym tofu, naleśnikami z puddingiem kokosowym i słodką kukurydzą, próbując się dopchać słodyczami z fasoli, ale ni jak nam nie wchodziły.


(1) Tajlandia, kraj wytchnienia

Wywiało mnie z Indii znów, i to prawdopodobnie w jakimś błogosławionym odruchu obronnym. Być może z powodu przyklejania się do siedzeń i wiecznie mokrej od potu głowy zaczęła mi grozić niechęć do Indii. Nie zniosę dłużej brodzenia po Rishikeshu w rozpuszczonych deszczem krowich kupach, myślałam sobie, nie zniosę już ani jednego pozdrowienia Hari Om ze strony naćpanych sadhu czy kolejnej kolacji złożonej z chappatów i soczewicy; uciekłam nawet z pogadanki o medytacji, bo miał ją prowadzić kolejny biały, który zjadł wszystkie rozumy ...