Archiwa tagu: Tanzania

(29) Jambiani, czary i wywary

Z Cristiną dzień niepostrzeżenie przechodzi w noc, opowiada bowiem o rzeczach, które kryją się w cieniu jambiańskiego raju, po drugiej stronie słońca. O tym, że „kogo by tu otruć” też tu jest grane. Gdy na przykład zjawił się klient z Zachodu i wyłożył straszną kasę na stół za kawałek ziemi nad morzem i siwiutki dziadek powiedział swojej rodzinie „nie sprzedajemy”, tydzień później już nie żył. O tym, że w lesie za wioską dalej odprawiają czary, a złe duchy w okolicy czują, że ona tu jest by z nimi konkurować i przynieść zbawienie niewinnym duszom. No cóż, Cristina nie ukrywa, że jest zielonoświątkowcem z misją.


(28) Jambiani, morskie algi, luksusowe kremy

Na werandzie stoi bambusowe łóżko, bambusowy stół i tubylcze krzesła obciągnięte skórą z bawołu. Nad nami, chroniąc od spiekoty, powiewa biały żagiel, co służy za markizę. A wokół szaleje tylko natura, frangipani i bougainville, ogromne agawy i palmy, świeżo zasadzone drzewa papayi i inne cuda …Czas przesypuje się jak ten piasek na plaży, nie schwytany w klepsydrę. Nic nie robię, a jestem pełna wszystkiego i chyba wreszcie nie myślę. Choć na pewno pomyślałam raz, i to konkretnie. Wybrałyśmy się z Cristiną w czasie odpływu zobaczyć z bliska jak kobietki pracują na swoich 'rodzinnych' plantacjach alg morskich.


(27) Jambiani i jambianizm

Jesteśmy w Jambiani już parę długich i spokojnych dni. Dzień, jak zwykle, zaczynam od kawy, której tu na szczęście szukać nie muszę. Idziemy albo do Kiddo's Cafe, fajnej knajpki i guesthouse'u prowadzonego przez Lizę, Niemkę, i jej beach-boyowego-boyfrienda, albo zostajemy w „domku” i rozsiadamy się na werandzie. Wczoraj Christina zrobiła nam niespodziankę i jak wstałyśmy, czekały na nas gotowe naleśniki z kajmakowym smarowidłem.


(26) W poszukiwaniu raju na Zanzibarze

Uznałyśmy, że czas ruszyć dalej popluskać się trochę w oceanie na pożegnanie z Afryką. Usłyszałam od kogoś po drodze, że Matemwe to piękna, spokojna wioseczka na wschodnim wybrzeżu, więc rano zarzuciłyśmy plecaki na plecy i poszłyśmy na dworzec dala-dala. Jechałyśmy najpierw wzdłuż zachodniego wybrzeża, a potem w poprzek wyspy i rzeczywiście, gdyby Allah taki raj wiernym stworzył, nagrodziłby ich sowicie:)). Dala-dala wyrzuciła nas w pobliżu jakiegoś ośrodka z bungalowami, poszłyśmy się więc napić czegoś zimnego i rozejrzeć.


(25) Zanzibari Stone Town

Funguni Palace Hotel wybrany przez Jaśminę, zesłany nam został chyba przez Opatrzność, ale uświadomiłyśmy sobie to dopiero parę dni później. Stone Town to Marrakesz w skali mikro i gdy odespałyśmy trochę, poszłyśmy zagubić się w labiryncie jego wąskich uliczek. Gubić się jest najprzyjemniej, bo można wtedy gdzieś się zaplątać i trafić np. na chłopców karmiących małpy przez kraty w oknie, w  jakimś opuszczonym, zapomnianym domu. Rozdzieliłyśmy liczi, na które teraz jest sezon po równo, między siebie, chłopaków i małpy, a potem powędrowałyśmy dalej. Na  jakimś podwórzu hinduska dzieciarnia zaprosiła nas do zabawy i próbowała nauczyć gdy w kulki („marbles”), ale za cholerę nam nie szło.


(24) Trip z tripem, czyli z Bagamoyo do Stone Town

Chwilę po północy byłyśmy w porcie i od razu mój nastrój przygody zmienił się w podejrzliwość – cholera, żadnych pasażerów czekających na dhow! Podbiegł do nas Wytrzeszcz wrzeszcząc, że „alldhows left”, a ten, co nie left – zatrzymał specjalnie dla nas i gdzie mam ten świstek papieru, na którym napisać miałam swoje dane. Świstek oczywiście wyrzuciłam, bo Wytrzeszcz już w ciągu dnia mi się nie podobał, a ten teraz podkręcał atmosferę krzycząc, że „You shit with me”. Wow!Ok, należało uzyskać jakiś stempel, że się opuszcza stały ląd. Wśród straganów stoi kolejny mądrala, Żółty, i mówi, że reprezentuje Port Authority.


(22) Niedziela, święcąc Dzień Pański w Bagamoyo

Dziś poczułam zew by pójść do kościoła, do tego uroczego kościoła na terenie misji, gdzie kiedyś francuskie siostrzyczki wykupywały nie-wolnych-ludzi i przystosowywały ich potem do życia. Osiedle, które stworzyły, nazywało się Christian Freedom Village, a cała bardzo poprawna historia misji została opowiedziana na obrazach nad głównym ołtarzem:Voila, najpierw byli źli arabscy kupcy i ludzie zakuci w dyby; potem pojawiło się dwóch bardzo brodatych ojców; następnie czarni stali się wolni i po prawej stronie ołtarza – w wesołych farbkach naniesionych ręką naiwnego artysty – widzimy oto, jak się wolni ludzie uczą alfabetu, stolarstwa i uprawy roli, a to wszystko pod opiekuńczym okiem duchowych pasterzy.


(21) Bagamoyo, perła Oceanu Indyjskiego

Od dwóch dni jesteśmy w Bagamoyo, miejscu uroczym, bo ma małe Stone Town jak na Zanzibarze, niemieckie forty i bomy, jak też plażę i targ rybny, i na dodatek, rzeźbiarzy z plemienia Makonde i licznych rasta-artystów. Jaśmina miała wczoraj 18-ste urodziny i Allah jej sprzyjał. Tzn. na początku nie bardzo, bo musiała pół dnia zwiedzać i to z przewodnikiem, ale za to potem nadrobił – wysypał jej drogę muszelkami kauri i poprowadził do rasta-knajpy z krewetkami, burdelowym oświetleniem, muzyką reggae, łagodnie pomrukującym, naprutym rastą przy naszym stole i mamą, która wreszcie, zupełnie legalnie, postanowiła się z córką napić. I pośmiać. Happy birthday, my dear!


(20) W drodze do Bagamoyo

Z Mafii tą samą drogą, a nawet nieco gorszą, bo kolebiącym się na sztormowych falach „parowcu”, wróciłyśmy na stały ląd i pojechałyśmy do Dar es Salaam. Brzmi łatwo, ale podróż zajęła nam trzy-czwarte dnia i dotarłyśmy na ostatnich nogach, oblepione błotem i rdzawym pyłem. Już wiemy gdzie w Dar zanocować i poruszamy się łatwiej wśród tych melancholijnie brzmiących ulic – India i Libya street, Morogoro i Uhuru streets, więc wystarczyło zrzucić plecak, doprosić się gorącej wody i po chwili byłyśmy jak nowe!


(19) Wyspa Mafia, odsłona druga

Od paru dni mieszkamy w Kilindoni, stolicy wyspy, która jest po prostu większą wiochą i na szczęście, niemal zupełnie pozbawioną muzungu. Wpadłyśmy już w pewną miłą rutynę – wstajemy rano i przed śniadaniem idziemy na targ rybny, kupujemy krewetki albo jakieś lepsze ryby i niesiemy do zaprzyjaźnionej knajpki, gdzie z menedżerem – aniołem, co oszczędza naszą kasę jakby była jego własna i nie chce przyjąć żadnego napiwku – dyskutujemy co by tu z łupem tego dnia zrobić. Przy tym piję kawę, mambuję i jambuję (czyli pozdrawiam tubylczą ludność, co zajmuje sporo czasu, bo wymienić pozdrowienia trzeba z każdym), Jaśmina poprawia śniadanie sokiem z papayi i idziemyna plażę.