Archiwa tagu: Tanzania

(18) Lokum na Mafii, Kilindoni

Moto-riksza zawiozła nas do całkiem znośnego guesthouse'u, kolacja trafiła się przednia, bo z pierwszym deserem na czarnym lądzie – mrożoną papayą z orzechami, pycha! I do tego towarzystwo Szwajcarów, bardzo przydatne, bo gość mówi w kisuahili i zdradził nam swoje patenty na tanie i fajne życie na Mafii – tu też trzeba wydeptać sobie ścieżki, jeśli nie chce się płacić za wszystko dularami:)) No bo sprawa jest taka – murzyńskość się wycwaniła i pół wyspy (zwłaszcza brzegi plus akwen) stanowi park narodowy, a więc jeśli pójdziesz się kąpać w złym miejscu, to bulisz jak za wejście do parku, choć granicy nie widać i różnicy w pływaniu też nie ma!


(17) W drodze na Mafia Island

Aby dotrzeć na Mafię trzeba trochę samozaparcia – należy wrócić do Dar, przenocować, a następnie znaleźć dworzec, z którego odchodzą busy do Bungu – mieściny na południe od Dar, co nas trochę kosztowało, bo przewodnik mamy denny. Tam przesiadłyśmy się do dala-dala, a raczej wepchnęłyśmy do środka i pół drogi przejechałyśmy stojąc na jednej nodze, ja na lewej, Jaśmina na prawej. Dala-dala dowiozło nas do wioseczki Nyamisati, z której raz dziennie, o godz. 14, odpływa prom na Mafię – trzecią dużą wyspę Tanzanii po Zanzibarze i Pembie.


(16) Polowanie na małpy – park narodowy Udzungwa

Wyjechałyśmy z Morogoro, naszej tanzańskiej przystani, od kenijskich Kikujów, co nas przygarnęli. Płakać nam się chciało i w autobusie do parku Udzungwa trochę pochlipałyśmy. Byłyśmy tu już w sumie z dziesięć dni i zaczęły tworzyć się między nami więzi wykraczające poza „Do you want to sponsor me” czy „Life good in Poland-Holland?”. Pojechałyśmy do parku, w którym rzekomo jest najwięcej gatunków małp w Afryce wschodniej.


(15) Czas bezczasu

Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że my, ludzie Zachodu, zakleszczyliśmy się w czasie i czas nie służy nam, lecz raczej nami się wysługuje w imię spraw ważniejszych niż my sami. Wschód i Południe się temu imperatywowi nowoczesności nie poddało, więc mogę obserwować, jak cudownie ‘murzyńskość szura nogami zamiast pospieszyć się do kuchni po mój lunch. Jak beztrosko szura przynosząc wodę do kawy, na którą czekam już godzinę. Jak murzyńskość pływa w obfitości czasu, którego w zasadzie nie ma po co odmierzać. Bo i po co? Jeśli nie ma targetu, nie ma terminów. Jeśli czas to nie pieniądz, to czas może być luzem, prawdziwym, wewnętrznym luzem, który może pamiętamy z dzieciństwa, nim dostaliśmy zegarek na pierwszą komunię.


(14) Morogoro, na misji wśród witchmenów

Być może zakorzenienie w myśleniu magicznym napędzane jest zazdrością, która na tym kontynencie kwitnie w najlepsze. Ojciec Stachu uważa, że tutaj każdy każdemu czegoś zazdrości, i nie dość, że by mu chętnie to coś zabrał, to jeszcze przy tym nie zawaha się odrąbać mu główki. Mówi, że gdyby dzisiaj ktoś mu chciał „ofiarować” kontener pomocowy, to by taką osobę pogonił. Bo niby jak ma to rozdać równo i sprawiedliwie? Po co ma się narażać, że ten dla którego nie starczy coś mu podsypie? I tak ryzykował życie dzieląc „datki”, gdy mieszkał w buszu, więc starczy.


(13) Morogoro, polscy salwatorianie – Father Stanley czyli Stachu

Okazało się, że w Morogoro od wielu lat funkcjonuje polska misja salwatorian. Wybrałyśmy się tam na zwiady, wyobrażając sobie, że przyjmą nas, rodaków, z otwartymi ramionami. Misja położona jest poza miastem, w Nane Nane, i w niczym „misji” nie przypomina. Dzisiaj jest to spora instytucja prowadząca prywatną uczelnię – Jordan College – z super malowniczym campusem, własną farmą i własnymi „polskimi” krowami zamiast tych masajskich wypierdków, z porządną biblioteką, rozbudowaną administracją i dwoma herr generałami – Polakami. Jeden z nich jest pryncypałem college'u i seminarium, drugi – Father Stanley, herr menedżer, bossem nad bossy.


(12) O kobrach, bobrach i pytonach, z Morogoro again

Jesteśmy z powrotem u naszej kenijskiej rodzinki w Morogoro. Rodzinka poszerza się z dnia na dzień, co znaczy, że mamy more and more fun. Dziś na kolacji, którą sama przygotowałam – bo zmiłuj się, Boże, gotować to w tym kraju nie potrafią – oprócz Jacka i Carol byli jeszcze chłopak Carol – Turek Orkhan i jego siostra Banu. I story posnuło się wężowe – że wokół domu tyle kotów, a oni na to, skoro kotów – to węży nie ma. - Jakich węży? - ja na to naiwnie wierząc, że skoro dotąd nie było, a buszowałam pod bananowcami, to i nie ma!


(11) Biali farmerzy z RPA

Dziś piłyśmy dobre, schłodzone wino zaserwowane nam przez sąsiadów na campie z RPA. Przyjechali karawanem, w którym kurcze, wszystko jest – namiot na dachu, lodówka i zamrażarka, przetworniki do prądu czy jak tam to się nazywa, plus wina i piwa, i europejskie rarytasy w dowolnej, nieskromnej ilości! Mówią, że nam trochę zazdroszczą, bo my poznajemy, a oni zwiedzają.


(10) Park narodowy Katavi

Czy ja pisałam jak to romantycznie będzie zasnąć sobie wśród pomruków hipopotamów? Te bydliska całą noc ryczały, i to z coraz bliższej odległości. Jest ich tu chyba z 300 sztuk – a w nocy wyłażą ze swojego leżakopoju i rozłażą się wszędzie podjeść sobie trawki, czyli na teren kempingu też. O szóstej ostrożnie uchyliłam drzwi naszego domku, lękliwie wyszłam na taras – no i masz, piękny świt, a na trawniku obok dwa samce z sobą walczą. Byłaby z tego niezła corrida:)


(9) Hipopotamy i inne tłuściochy – park narodowy Katavi

Na parę dni robimy sobie przerwę w tułaczce. Udało nam się dojechać do River Side Camp tuż przy parku Katavi, po 6 godzinach (220 km) telepania się na drodze, która drogą będzie dopiero za trzy lata, jak ją Chińczycy skończą budować. Na razie to trakt wyjeżdżony przez samochody, a pył jaki się z niego unosi i wyboje mogłyby przypaść do gustu chłopakom z rajdu Paryż-Dakar! Wysiadłyśmy pokryte od stóp do głów ceglanym pyłem, ale co tam, było warto.