Vrindavan, miasto wdów

[Tekst ukazał się w ‚Kontynentach’, numer 02/2013, z pięknymi zdjęciami Claude’a Renault.]

Przycupnęła w tym samym miejscu co wczoraj i przedwczoraj. Chucherko, wysuszone przez słońce i pył, obcujące ze światem od strony ludzkich nóg, brudnych chappali, plastikowych klapek, do których sięga w odruchu wdzięczności. Dwie rupie lądują w blaszanym kubku, wysuszone patyki rąk dotykają stóp łaskawcy. Ręce wędrują do czoła, spoczywają na chwilę na piersi, blisko serca. Na twarzy jasnej, zdawałoby się niefrasobliwej, pojawia się uśmiech.

                Uśmiech, który z tej twarzy zdarto. Po tym jak zmarł jej mąż, Rekha stanęła przed jego rodziną. – Nie jestem winna śmierci Rajesha! – chciała krzyczeć do tych, wczoraj jeszcze bliskich ludzi. Milczała jednak, bo ich wzrok mówił wszystko. To ona sprowadziła na niego śmierć. Pożeraczka istnień. Zdjęto z jej szyi mangalsutrę, naszyjnik będący pieczęcią zaślubin. Szklane bransoletki śpiewające w takt domowej krzątaniny rzucono o ziemię. Pochyliła głowę. Pukle długich, czarnych włosów pachnących olejkiem kokosowym spadły miękko na ziemię. Starto z jej czoła bindi, czerwoną kropkę, dumny znak zamążpójścia. Zdarto kolorowe sari, szybujące na wietrze jak podniebny ptak. Z ogoloną głową, w białym sari z szorstkiej bawełny Rekha stała się nikim.

                Została wykluczona. Mieszkańcy bengalskiej wioski, która od dwudziestu lat była jej domem, stali się obcy. Przestali się do niej odzywać. Sąsiedzi przechodzili na drugą stronę rdzawo-krwistej drogi, by nie padł na nich jej cień, gorszy niż dotyk trędowatego, bo sprowadzający nieszczęście. Sprzedawcy zamykali sklepy na jej widok. Dzieci biegnące w jej stronę z okrzykiem ‚ciociu, ciociu’, zawracane były do domów. Rekha spędzała noce na dworze, na charpoyu, z którego czasem słyszała płacz młodszego syna. Nie wolno mu było się do niej zbliżać. Rano, gdy tylko dobiegły ją pierwsze dźwięki przebudzenia, zrywała się z czarpoyu i chowała w najdalszym kącie podwórza. Tam spożywała posiłek, resztkę ryżu i daalu, wystawiony w misce. Jak pies w otoczeniu psów. Jednak i ta mizerna jej obecność przeszkadzała teściowi i teściowej.

                Znalazła schronienie w innym kącie, w zaułku pomiędzy sklepikami na drodze do świątyni Radha Madana Mohana. We Vrindavanie, mieście wdów. Jej kąt jest wspaniałomyślny, bo karmi ją dzień po dniu. Jej kąt jest przyjazny, bo obok siedzą Sushitra i Haridani, z którymi dzieli pokój. Jej kąt jest błogosławiony, bo znajduje się w mieście wybranym przez bogów. Tu jest oblubienicą Kryszny, który ją do Vrindavanu przyzwał i pozwolił zostać. Tutaj Rekha znów istnieje. Nic to, że wśród nędzy i poniżenia.

Żyjące sati

                W Indiach jest więcej wdów niż w Polsce Polaków: 44 miliony. Gdyby mogły żyć życiem jakie prowadziły jako zamężne kobiety, statystyka świadczyłaby jedynie o szaleństwie demograficznym Indii. Dla części kobiet wdowieństwo jest jednak wyrokiem, swoistą klątwą, egzystencją poza światem żywych, na przedprożu śmierci.

                Dlaczego tak jest? A jak może być inaczej, skoro przez wieki całe w tym skrajnie patriarchalnym społeczeństwie kobieta, za którą nie stał mężczyzna, nic nie znaczyła. W młodym wieku dziewczyna zależy od ojca, w dorosłym od męża, na starość od syna. To niedopowiedzenie, że jest zależna od męża – w tradycyjnych rodzinach Hinduska właściwie do męża należy. Jeśli zatem po jego śmierci nie przygarnie jej któryś z synów – o ile są dorośli – staje się bezpańska, a tym samym bezwartościowa.

                W Indiach mąż jest nie tylko miarą wartości żony, jest fundamentem jej tożsamości. Wraz z jego śmiercią, ona w pewnym sensie przestaje istnieć. Nic dziwnego, że według Vishnu Smriti, jednego ze świętych pism hinduizmu, wdowa ma tylko taką alternatywę: „Jeśli jej małżonek umrze niech kobieta prowadzi bogobojne życie albo wstąpi na jego stos.” Wybierając sati, całopalenie, wdowa mogła odkupić wszelkie przewinienia zmarłego i jego przodków. Zasłużyć na 35 milionów lat niebiańskiego szczęścia w szczęśliwym duecie. Udowodnić swoją miłość i oddanie. Jak też zagwarantować sobie lepsze odrodzenie niż przyjście na świat w ciele kobiety. Przy okazji miała szansę skąpać ród małżonka w chwale, którą przyniosło jej samopoświęcenie. W latach trzydziestych XIX wieku, gdy kolonialna władza chciała położyć kres praktyce sati, ortodoksi zaciekle bronili owego „przywileju wierzących”, prawa do spełnienia owej „świętej powinności”. Brytyjczycy widzieli barbarzyństwo tam, gdzie miała miejsce wysublimowana, ostatnia ofiara. Nic nie rozumieli.

A zatem, choć to już dwudziesty pierwszy wiek, gdyby Rekha miała w sobie więcej oddania, gdyby rzuciła się w płonący stos, nie byłaby dziś żebraczką w zaułku ulicy. Byłaby jak bogini Sati, Dakshayani, jak Revati obejmująca ciało Ramy, które choć ogarnięte płomieniem jej zdawało się chłodne, tak wdzięczna była, że wciąż jest ze swoim panem … Nad stosem popłynęłyby wersy z Rygwedy: „Niech te kobiety, których mężowie są tego godni, wejdą do domu ognia z masłem ghee nałożonym na oczy jak woda różana. Niech te kobiety pierwsze wejdą na stos, bez łez, bez udręki, pięknie przystrojone.” Być może w miejscu, gdzie ofiarowałaby życie, wzniesiono by kiedyś świątynię, odwiedzaną przez pielgrzymów i kobiety z pobliskich wsi. Rekha stałaby się legendą.

                Czasy się jednak zmieniły. Od 1829 roku prawo zakazuje praktyki sati. Zakazuje również jej gloryfikacji, choć przecież na tym ogromnym subkontynencie nie da rady upilnować każdej wsi. Incydenty sati są sporadyczne, kiedy jednak się zdarzą, jak w Deorali, radżasthańskiej wiosce, gdzie Roop Kanwar dokonała ciałopalenia, następuje eksplozja religijności i ekonomiczny boom: powstają świątynie, ściągają pielgrzymi, a dewocyjna turystyka kwitnie. Do tego stopnia, że w 2005 rząd centralny musiał interweniować, gdy przewodnik turystyczny po Radżastanie zachwalał ten rejon jako znany z największej liczby sati matas – kobiet, które popełniły sati.

Jej ciało, jej cień 

                Co zatem wdowom pozostaje? Bogobojne życie, zachowywanie ascetyzmu, skromność, modlitwa, cisza. Nieważne, że niezupełnie dobrowolnie. Kobiecą naturę trzeba ujarzmić, jest bowiem niebezpieczna.

Wdowa musi zrezygnować z pięknych sari i biżuterii, trzymać się na uboczu, spać na podłodze, dużo się modlić i niewiele mówić. Ma żyć życiem staruszki, niezależnie od wieku. Powinna często pościć i jeść sam ryż, co sprawi, że się ‘wysuszy’ i osłabnie. Winna zrezygnować z rozgrzewających składników diety – mięsa, ryb, cebuli, czosnku, ostrych przypraw – dzięki czemu jej wewnętrzny gorąc, energia seksualna, się zmniejszy. Innymi słowy, indyjska wdowa ma być chuda i brzydka, odpychająca. Ma przestać być istotą seksualną i seksualnie atrakcyjną – dla swojego własnego dobra.

                Hindusi uważają, że kobiety mają w sobie więcej ‘seksualnego ognia’ niż mężczyźni. Skoro ten, który pozwolił kobiecie odkryć własną seksualność i potem trzymał ją na wodzy, zmarł, wdowa znajduje się w specyficznej sytuacji: jej własna seksualność może nią zawładnąć i tym samym zniszczyć jej dobre imię oraz zepsuć charakter. Nieprzypadkowo w języku pendżabskim czy bengalskim słowo randi używane na określenie wdowy, oznacza też kurwę. A ponadto wszyscy doskonale wiedzą o tym jak często młode wdowy zostają prostytutkami. Pomija się fakt, że wyrzucone z domu przez teściów i odrzucone przez własne rodziny są często do tego zmuszone.

Swapnę, młodą Bengalkę, wydano za mąż w wieku 12 lat, za starszego o 20 lat mężczyznę. Zginął pod kołami autobusu gdy miała zaledwie lat 16. Jej spuszczony wzrok, cichy głos i przygarbione plecy świadczą o tym, że się przystosowała. Żyje życiem staruszki. Mówi, że gdyby pojawiła się w swojej wsi uśmiechnięta, z podniesioną głową, w kolorowym sari, przystrojona bransoletkami, nie dotrwałaby do ranka. Każdy chciałby się z nią kochać i wziąłby ją sobie, ot tak, bez pytania o zdanie.

                Niebezpieczna jest seksualność wdowy, ale ona sama również stanowi zagrożenie. Jeśli na przykład nie zgoli głowy i będzie nadal zaplatać warkocz, w kolejnym życiu jej zmarły małżonek popadnie w niewolę. Jeśli weźmie udział w ważnej uroczystości rodzinnej, na przykład w ślubie, młode małżeństwo szybko się rozpadnie. Być może z powodu jej obecności na zaślubinach panna młoda nigdy nie pocznie syna. Ba, wystarczy, że przetnie komuś drogę, a sprowadzi na niego nieszczęście.

                Wdowa jest wprost tym nieszczęściem skażona. Jako żona miała być bowiem opiekunką życia, zapewnić małżonkowi pomyślność, zdrowie i długie życie dzięki swoim cnotom i oddaniu. Więc skoro ten zmarł, podejrzenie pada na nią. Musiało jej czegoś zabraknąć, może miłości do niego albo żarliwości w czasie porannej pudży. Musiała przywlec ze sobą złą karmę, bo przecież owocem grzechów w poprzednim życiu jest między innymi wdowieństwo, bezpłodność i przerwanie ciągłości rodu.

Swapna przekonuje: – Musi być ze mną coś nie tak. Teściowie mieli rację. Nazywali mnie ‘trującym ptakiem’, bo sprowadziłam śmierć na ich syna. Był wcześniej zupełnie zdrowy. I na kuzyna też, trzylatka, który zachorował na grypę i zmarł po paru dniach. I to zaraz po tym, jak wprowadziłam się do domu męża. Jestem rakshasi, pożeraczką żywych. Może dlatego, że w poprzednim życiu zrobiłam coś strasznego, nie wiem. Ale wiem na pewno, że mają rację. Lepiej bym się trzymała od wszystkich z daleka. Na wszelki wypadek.

W imię pamięci męża

                Z Zachodniego Bengalu i Biharu wypływa strumień kobiet, niepotrzebnych nikomu, skrzętnie unikanych. Biała, załamująca się fala niesiona odmętami strachu, pędzi przed siebie, byle dalej od domu, gdzie traktowane są jak przekleństwo. Wypędzone zmierzają w stronę świętych miast Indii, Varanasi i Vrindavanu, gdzie boleśnie doświadczą tego, na czym wdowi los polega.

                We Vrindavanie mieszka czy raczej wegetuje około 22 tysięcy wdów. Żyją w opłakanych warunkach. W aśramach – schroniskach sponsorowanych przez rząd lub organizacje społeczne. W dusznych salach, gdzie pomiędzy 30 drewnianymi ławami do spania grasują szczury. W opuszczonych, rozpadających się budynkach, gdzie pozwolono im zamieszkać. W konstrukcjach z bambusa i folii, nad rzeką Jamuną, w których w ciągu dnia powietrze pali w płucach jak ogień. Na ulicy, na jutowym worku zamiast dachu i podłogi – tak żyje prawie połowa.

                Kobiety znajdujące się pod opieką aśramów mają za darmo nocleg i jeden posiłek dziennie, miskę ryżu z daalem. Raz na miesiąc dostają zapomogę w wysokości 18zł. Aby przeżyć część z nich śpiewa przebłagalne bhajany w świątyniach. Największy z nich to Bhagwan Bhajan Aśram, istniejący od 1914, gdzie każdego dnia zbiera się około tysiąca wdów. Za siedem godzin melorecytacji dostają złotówkę i 10 groszy.

                Za dwa złote dziennie trudno przeżyć nawet w Indiach. Wdowy więc często żebrzą. Niczym pisklęta, tłoczą się pod świątyniami, zbijają w stada na ghatach nad Jamuną, zaczepiają przechodniów haczykowatymi rękoma na ulicach Vrindavanu. Część z nich sprząta domy, robi pranie, a więc walczy z cudzym brudem jak ci najniżej urodzeni. Gdy młodsze wpadną w oko głowie rodziny albo kuzynowi pana domu, albo znajomemu kuzyna, mężczyźni używają ich ciał do woli. Są przecież niczyje i nikt za nimi nie stoi. Inne zmuszane są do nierządu w bardziej brutalny sposób, za czappatti, za prawo do mieszkania na ulicy przez alfonsów, uliczne gangi czy przez zwykłego człowieka, właściciela sklepu na przykład. Bo każdy, kimkolwiek by nie był, ma nad nimi władzę.

We Vrindavanie co najmniej jedna czwarta wdów jest wykorzystywana seksualnie. Niestety bywa, że również w aśramach. Potwierdza to historia Rekhi, która po przyjeździe trafiła do jednego z państwowych aśramów, zarządzanego przez organizację pozarządową. Dostawała 15 zł miesięcznie, miskę ryżu i raz w roku nowe sari. Ukoiło to jej niepokój, że nie da sobie rady. W schronisku jednak panowały bezwzględne zasady. Bywało, że kazano wdowom żebrać, a otrzymaną jałmużnę oddawać. Pracownicy mieli dużo potrzeb, wciąż na coś zbierali, to na posag dla córki, to na nowy skuter. Na dodatek, mieli również sporo seksualnych frustracji. Odmowa oznaczała wyrzucenie na bruk. Tak stało się z Rekhą.

Prawo nakazuje

                Wszystkie te wdowy mogłyby, teoretycznie, wyjść ponownie za mąż. Gwarantuje im to ustawa z 1856 roku. Tyle, że tradycyjne społeczeństwo, którego bastionem jest wieś i ortodoksyjne, bramińskie rodziny z miast, nie dopuszcza takiej możliwości. W myśl prawa z 1956, wdowy mogłyby również domagać się części majątku po zmarłym mężu czy też odzyskania mienia, które wniosły w posagu. Mogłyby teoretycznie. Mogłyby też ubiegać się o wypłatę 60% renty należnej żonie zmarłego urzędnika państwowego. Gdyby tylko mogły, bowiem 81% indyjskich wdów nie potrafi czytać ani pisać. I gdyby nawet Sushitra, koleżanka Rekhi, której ta renta po zmarłym przysługuje, znalazła kogoś kto umie pisać i czytać, nic nie zdziała. Bo Sushitra nie posiada dowodu osobistego, dowodu, że kiedyś była żoną listonosza z bengalskiej wsi.

                Mogłyby też postarać się o zapomogę przyznawaną przez państwo każdej wdowie pozbawionej środków do życia w wysokości 12 zł miesięcznie. Tyle że choćby nawet pojawił się anioł w ludzkiej skórze pragnący pomóc tej trójce – Rekhce, Sushitrze i Haridani – nie będzie w stanie udowodnić, że zostały opuszczone i nie posiadają żadnego wsparcia ze strony rodziny. Jak większość wdów, mają dzieci, które zobowiązane są do tego, by łożyć na nie finansowo. I gdyby nawet indyjskiemu rządowi jakimś cudem udało się, choć w części przypadków, wymusić na dzieciach finansową odpowiedzialność, nie wymusi miłości. A to przecież o nią chodzi.

                Bezzębna siedemdziesięcioletnia staruszka, Haridani Goshi, żebrze razem z Rekhą i Sushitrą na drodze do świątyni Radha Madana Mohana. Wobec obcych wychwala Vrindavam jako miasto, gdzie może wielbić Radhę-Krisznę i gdzie chce umrzeć. Bo tutaj – mówi wskazując koleżanki – one dwie i inni służący Krysznie brijabasi zadbają o to, bym została skremowana. – Mówi tak, jakby kremacja była trampoliną do nieba, do miejsca, gdzie ustaje cierpienie.

                Haridani żebrze po 12 godzin dziennie albo i dłużej, ile tylko się da. Z jałmużny uzbierać można nawet 12 złotych dziennie, prawie tyle ile wynosi miesięczna wdowia zapomoga. Haridani ciuła każdą rupię i chowa w pudełku po tytoniu. Raz na kilka miesięcy, gdy pudełko napęcznieje i ledwo się domyka, idzie na pocztę i wysyła wszystko swojemu synowi. Powtarza ten rytuał od trzydziestu lat, licząc na to, że pewnego dnia stanie się cud. I syn zabierze ją do domu.

Dlatego że niczyje

                We Vrindavanie nie wiadomo kto jest wdową a kto wdowę udaje – udaje bo nie ma innego wyjścia. W białym, zgrzebnym sari chodzą również mężatki, które uciekły od codziennych razów, mężatki przepędzone z powodu odmowy wniesienia kolejnego posagu, wygnane bo nie urodziły synów i te, które musiały uciec nim ktoś z rodziny męża oblałby je naftą i podpalił. Są tu kobiety porzucone dla kochanki, kobiety chore i niezdolne do pracy w polu, i te zgwałcone, których nikt nie poślubi. Kobiety dla których nie starczyło na posag, bo były za ciemne, za bardzo spracowane lub zbyt wiele miały sióstr. Schronienia szukają tu również młode wdowy przegnane przez teściowe i szwagierki, nieprzyjęte do domów swojego urodzenia. Jak i te przepędzone z wioski jako rzekome czarownice. Oraz kobiety wykupione od rodziny przez krypto-alfonsów za parę groszy, niewolnice konsumowane jak przedmiot. Matki synów, którzy nie chcą mieć matek. I setki innych kobiet wiodących tutaj swoje nic nie znaczące, samotne życie.

                Między nimi znajduje się pięćdziesięcioletnia Kamala z Kurilli, wioski w Biharze, która wdowę udaje. Mieszka w pokoiku przy jednej z 4 tysięcy świątyń Vrindavanu, za ścianą którego co rusz odzywa się dzwon wyśpiewujący bogom powitanie. Na jego dźwięk Kamala wydaje się kurczyć w sobie jeszcze bardziej. Nie może opanować płaczu. Wcześniej stać ją było na to ciemne pomieszczenie, bo żebrali we dwoje, ona i on, trzydzieści lat starszy mężczyzna, który się nią zaopiekował. Poznali się tutaj, we Vrindavanie, dokąd jako szesnastolatka uciekła przed gwałcącym ją bratem. Nikt by jej, zhańbionej, nie wziął. Chciała odebrać sobie życie i wtedy usłyszała o mieście Kryszny. Ten jedyny człowiek, który okazał jej dobre serce, niedawno zmarł. A dwa tysiące rupii, które zostało po jego kremacji, dała na przechowanie koleżance, żebraczce, która je sobie przywłaszczyła. I co ona teraz pocznie? Została zupełnie sama. Jest za mało sprytna by móc żebrać w bardziej dochodowych miejscach. Zostaje jej żebranie nad rzeką Jamuną, gdzie ludzie wolą spokojnie przysiąść, napić się Coli i zapomnieć na chwilę o tym, gdzie są.

Tonąc w worku

                Pomimo ostrzeżeń Gandhiego o tym, że dobrze jest „pływać w wodach tradycji, ale tonąć w nich to samobójstwo”, pomimo upływu dziesięcioleci, Indiry Gandhi, Soni Gandhi, Mohini Giri nominowanej do pokojowej nagrody Nobla i innych znanych kobiet, pomimo boomu gospodarczego, pęczniejącej klasy średniej, nowej Doliny Krzemowej, pożyczek, bankomatów i call centers, wody tradycji pełne są tych samych wirów i odmętów. W Indiach nadal silne jest przekonanie, że wdowa za życia i po wydaniu ostatniego tchnienia sprowadza nieszczęście. We Vrindavanie, mieście pielgrzymów, zdarza się, że ciało zmarłej leży na ulicy gnijąc. Nikt bowiem, na wszelki wypadek, nie chce go dotknąć.

Siedemdziesięcio-paroletnia Sushitra, Bengalka jak Rekkha i Haridani, wcześniej mieszkała w państwowym aśramie. Odeszła z niego parę lat temu, pomimo podeszłego wieku. Zbyt bolały ją stare kości by całymi dniami śpiewać bhajany siedząc w kucki lub po turecku, na macie rzuconej na betonową podłogę. Zbyt kiepsko sypiała, by nie wiedzieć co dzieje się nocą. By nie słyszeć ostatnich tchnień wydawanych nad ranem czy zachrypniętych męskich głosów, natarczywego, pospieszającego syczenia obcych. Niewprawnego odnajdywania drogi w ciemności, przesuwania łóżek, szurania nogami, chrzęstu zastałych stawów i głuchego tąpnięcia.

                Pod osłoną nocy znikały ciała zmarłych wdów. Zabierali je śudrowie, nisko urodzeni, stworzeni do zamiatania ulic i usługiwania innym. Przychodzili zwykle we dwójkę. Za usługę płaciło się z góry. Płaciły inne wdowy, 200 rupii, ponieważ państwowe aśramy nie przewidziały budżetu na pochówek. Śudrowie wrzucali ciało do rzeki. Kremacja i rytuał pogrzebowy są w Indiach bardzo kosztowne. Co było robić? Niestety zdarzało się też, że najpierw rąbali zwłoki na kawałki. Pakowali w jutowy worek. Wrzucali z mostu do rzeki Jamuny, albo porzucali na stercie śmieci, gdziekolwiek. Głodne psy szalały. Ludzie odwracali wzrok. Nikt nie chciał dotknąć ciała poćwiartowanej wdowy.

                Jest we Vrindavanie wyjątkowa osoba, Laxmi Gautam, profesor miejscowego college’u, która wstaje o wschodzie słońca by przeczesać brzegi rzeki i ulice miasta w poszukiwaniu ciał wdów. W ciągu ostatnich pięciu lat zorganizowała 500 kremacji, a więc jedną co trzy, cztery dni. Krąży po mieście z wózkiem ciągniętym przez tragarza, by móc podnieść i przewieźć zwłoki nad Jamunę. Swoją pensję wydaje na drewno na stos pogrzebowy, do którego sama przykłada zapaloną pochodnię. Bo kto miałby to zrobić? Mów , że już nie boi się zmarłych.

                Gdy w lipcu zeszłego roku opublikowano w ‘The Hindu’ raport komisji NALSA (National Legal Services Authority) powołanej przez Sąd Najwyższy Indii do zbadania sytuacji wdów we Vrindavanie i wyszło na jaw, że aśramy nie mają pieniędzy na zapewnienie kremacji swoim podopiecznym, wybuchł skandal. Naród wyrywa sobie włosy z głowy. Załamuje ręce. Rząd, wreszcie, wprowadza programy naprawcze. Deleguje organizacje pozarządowe, takie jak Sulabh International, do wprowadzania zmian w aśramach. Podnosi wdowią zapomogę do 120 złotych miesięcznie. Zapewnia również, że poczynione zostały odpowiednie kroki by zapewnić zmarłym wdowom godny pogrzeb.

 Światła blask

Dopiero po wieczornym aarti, gdy na rzece unoszą się setki zapalonych oliwnych lampek, Vrindavan pustoszeje. Wtedy widać jak wiele opuszczonych kobiet rzeczywiście żyje w tym mieście. Idą w pojedynkę, czasem mniejszymi grupkami, chude jak patyczki, kruszynki, zgarnięte ze stołu niebaczną ręką, okruchy życia. Wyglądają jak powielone w setki Matki Teresy, w tym samym prostym bawełnianym sari z niebieskim rąbkiem. Ich chód, podobnie, jest celowy, bez zawieszenia pomiędzy jednym a drugim krokiem w którym rozgościć by się mogło oczekiwanie na cud. Przygarbione, wpatrzone w ziemię, podpierające się laskami z niepotrzebnych drzewu gałęzi, idą bosonogie w ciemność.

Pośród nich są Rekha, Haridani i Sushitra. Wracają do pokoju, który w trójkę dzielą. Ugotują zaraz ryż i gęsty warzywny sos na palenisku w centralnej części podwórza. Podziękują bogom za to, że mają dokąd wrócić na noc. Nie są przecież same. Lord Kryszna, na przekór wszystkiemu i wszystkim, opiekuje się nimi. Jest tak, jak być powinno. Bo pati, mąż i pan, jest tylko jeden na całe życie. Nawet jeśli nie żyje, dalej jest wszystkim. Jeśli kobieta czci pamięć swojego męża i guru do końca swoich dni, przynosi pożytek i błogosławieństwo sobie samej, dzieciom, a przede wszystkim zmarłemu. Nie potrzebuje żadnej innej praktyki poza tę jedną jedyną dharmą.

Bo przecież – mówi Rekha – mąż i żona są nierozerwalnie ze sobą związani. To nic, że jego już nie ma. W czasie zaślubin przyjęłam substancje pochodzące z jego ciała i pokarm przygotowany w jego domu. Stałam się częścią rodu męża i więcej, bo ardhangini, częścią jego ciała. Jak Radharani, która jest połową ciała Kryszny, tę lepszą, lewą, bo tam bije serce. Połączenie między nami trwa dalej. Czuję to – dopowiada szeptem.

– Nie zmuszam się do zachowywania diety, naprawdę – kontynuuje. – Nie jem mięsa ani ryb czy jajek bo po tym, jak odszedł mój pati, straciłam apetyt na te rzeczy. Tak jak nie włożyłabym na siebie kolorowego sari, bo piękna chciałam być tylko dla niego. – Zobacz, – dodaje po chwili – zapalę teraz lampki maślane i pomodlę się przed jego zdjęciem. Oni mogą mówić, że to przeze mnie umarł, ale to nieprawda. Wciąż pomagam Rajeshowi tam, gdzie jest.